Dzień rozpoczęty amerykańskim śniadaniem nie może być zły. Dwa jajka, bekon, kiełbaski, naleśniki oraz nieskończona dolewka kawy obudzi każdego. Nawet kogoś kto nie przespał połowy nocy bo organizm z uporem maniaka twierdził, że to środek dnia.
Jedziemy do Hollywood, ale chmury sprawiają, że zmieniamy plany. Chcemy mieć ładny widok na Los Angeles, więc odwracamy plany i jedziemy do Torrance Aircraft Museum
Musiałem odwiedzić to małe hobbystyczne muzeum lotnictwa gdyż mają tam jeden z dwóch egzemplarzy YF-23, który po prostu musiałem zobaczyć. W mojej opini najładniejszy samolot świata.
Krótka wizyta i jedziemy na zabookowaną wycieczke po Warner Bros Studios. Ogladamy plany filmowe. Przewodnik sypie anegodami i historyjkami z udziałem gwiazd. Widzieliśmy plan Friendsów, Big Banga i Foresterów. Kino odarte z magii. Kręcac scene na plaży wysypują piasek na parking, bo tak taniej. Drzewa golą z lisci i montuja takie pożółkłe gdy w lecie muszą kręcic scenę jesienną. No i plany wydają się mniejsze niż w telewizji. Kamera dodaje nie tylko kilogramów ale i powiększa wszystko.
Kolejny punkt wizyty to Griffith Observatory z którego jest najlepszy widok na Hollywood (ten napis na wzgorzu). Niestety smog jest wszechobecny.
Wspinaczka do obserwatorium jest nagrodzona wspaniała panoramą Los Angeles.
Dzień kończy wizyta po Hollwood Boulevard. Ulica z najsławniejszym kinem w okolicy, China Theater, aleja gwiazd i mnóstwem turystycznego kiczu.
Dzień kończymy małym burito w Taco Bell za dwa dolary sztuka. Zaliczenie wszystkich sławnych fast-foodów to nasz punkt honorowy wyprawy.




