Po Bryce Canyon mielismy w planach zahaczyć o Zion National Park. Prawde mówiąc oboje zapomnieliśmy czego się po nim spodziewać. Po 150 kilometrach wjeżdzamy do kanionu i jak u Hitchcooka, zaczeło się trzęsieniem ziemi a potem napięcie zaczeło rosnąć.
Wjechaliśmy do kanionu od wschodu, 20 kilometrów jazdy wśród fantazyjnych formacji skał. Przejechaliśmy tunel o długości jednej mili. Kanion stał się znacznie bardziej przewidywalny a dziwne skały ustąpiły miejsca wielkim zboczom. Trafiamy do Visitor Center i okazuje się że wiekszośc atrakcji jest niedostępna z samochodu. Przesiadamy sie wieć do darmowego autobusu i po pol godzinnej przejezdzce, którą umila nam nagranie o historii i glownych atrakcjach tego miejsca, dojezdzamy do celu.
Z obu stron klif wysokości chyba 500-800 metrów, w środku kanionu rzeka, wiele zieleni, a nawet dzikich zwierząt.
O ile wiewiórki żebrzące o jedzenie można nazwać dzikimi. Wspaniała pogoda, słonecznie, dwadzieścia kilka stopni.
Wędrujemy w głab kanionu, odległość między ścianami staje się coraz mnniejsza.Żałujemy, że nie mamy więcej czasu by udać się na wędrówke do samego końca kanionu, gdzie potrzebne są nieprzemakalne, gumowe buty i kij, gdyż idzie się korytem rzeki a ściany kanionu nieomal się stykają.Mimo, że planowaliśmy krótką wizytę, mijaję prawie 3 godziny, więc musimy wracać, gdyż przed nami długa droga.
Oba kaniony, które zobaczyliśmy tego dnia były wyjątkowe i niesamowite. Jeszcze tylko 200 kilometrów do Las Vegas, gdzie w jaskini zepsucia spędzamy noc. Duża ilość hoteli wymusza konkurencje i niskie ceny. To najtańsza noc w całej podróży i jeden z najładniejszych pokoi.



